Kultura, Rozrywka

Sequele filmowe. Sequele lepsze niż oryginał

Praktycznie każdy kasowy film prędzej czy później musi doczekać się kontynuacji, w myśl zasady, że nie zabija się kury znoszącej złote jajka. Zwykle jednak sequelom nie udaje się uchwycić magii oryginału i sprawić, byśmy poczuli te same wrażenia, których dostarczył nam pierwszy film. Raz na jakiś czas pojawia się jednak prawdziwy fenomen – sequel lepszy niż oryginał. Takie niesłychane przypadki możemy policzyć na palcach. Przyjrzyjmy się kilku z nich.

Obcy: decydujące starcie

Kiedy James Cameron zabierał się za kontynuację słynnego kosmicznego horroru Ridleya Scotta, wielu nie wiedziało, czego się spodziewać. „Obcy” wydawał się dziełem skończonym. Mało kto chyba przypuszczał wtedy, że to druga część spod ręki Camerona, będzie cieszyć się po latach największą miłością fanów. Historia Ellen Ripley powracającej na planetę LV-426, tym razem w towarzystwie oddziału marines, stanowiła odważne przedefiniowanie pierwowzoru.

To się nie powinno udać. Cameron teoretycznie popełnił wszystkie grzechy sequeli. Znacznie zwiększył liczbę obcych (zgodnie z niepisaną zasadą sequeli, że musi być więcej i mocniej), uczynił z nich mięso armatnie i ogólnie zamiast na klimat grozy, jak w pierwszej części, postawił raczej na dynamiczną akcję. To przecież jakby sam podkładał się filmowym malkontentom. Zamienił klaustrofobiczny horror sci-fi w militarny thriller pełen strzelanin i wybuchów.

Tymczasem na ekranie takie rozwiązanie sprawdziło się znakomicie. Owszem, niektórzy narzekają, że z tajemniczej, niemal niezniszczalnej istoty, obcy stał się tu zwykłą bestią, którą można ot tak, zabić strzałem. Niemniej zamiana kina grozy na kino akcji wniosła wiele świeżości. Dzięki temu nie mamy wrażenia, że dostajemy jeszcze raz to samo. Film wprowadził też niezapomnianą postać Newt oraz rozbudował relację Ripley z androidem Bishopem, nadając wzruszający wymiar historii o walce o przetrwanie. A jeśli dodać do tego zapadające w pamięć postacie (nawet te drugoplanowe) i znakomicie budowane aż do wybuchowego końca napięcie, nie powinno nas dziwić, że film obrósł takim kultem. Kultowa scena starcia Ripley z królową obcych w egzoszkielecie PowerLoader do dziś pozostaje jedną z najbardziej ikonicznych w historii science fiction.

Terminator 2: dzień sądu

I znowu Cameron. I znów zamiana filmu grozy w rozbuchane kino akcji. Pierwszy „Terminator” to ponury, pesymistyczny film o robocie-zabójcy, produkcja nakręcona praktycznie za grosze (oczywiście jeśli brać pod uwagę standardowe hollywoodzkie budżety). „Dwójka”, najdroższy w owym czasie film, jaki nakręcono, to już inna bajka. Budżet sięgający stu milionów dolarów pozwolił na rewolucyjne efekty specjalne, zwłaszcza w postaci płynnego metalicznego T-1000.

Niebywale podkręcono skalę wydarzeń. Pościgi, pojedynki robotów, eksplozje – to wszystko nie przypomina tego, co było nam dane oglądać w skromniutkim oryginale. Sequel jest też zdecydowanie lżejszy. Ma bardziej optymistyczny wydźwięk, Cameron wprowadził też tym razem nieco humoru. Taka zmiana w tonie nie każdemu musi odpowiadać, nie ulega jednak wątpliwości, że „Terminator 2″ to kawał świetnego, pełnokrwistego kina akcji, poruszającego przy okazji (jak każde dobre dzieło sf) pytania o sztuczną inteligencję i odpowiedzialność za przyszłość. Wątek relacji młodego Johna Connora z T-800 wprowadza nieoczekiwany element emocjonalny – maszyna uczy się człowieczeństwa, podczas gdy Sarah Connor balansuje na granicy opętania obsesją powstrzymania Sądnego Dnia.

Gwiezdne wojny: imperium kontratakuje

Kontynuacja „Gwiezdnych wojen” podążyła w kierunku, jakiego chyba mało kto oczekiwał. „Nowa nadzieja” była raczej lekkim filmem przygodowym. Takim, w którym wszelkie przeciwności muszą zostać pokonane, a dobro ostatecznie musi zatryumfować nad złem. George Lucas przekazał reżyserię Irvinowi Kershnerowi, co zaowocowało bardziej dojrzałym podejściem do materiału.

Tymczasem „Imperium kontratakuje” okazało się mieć mroczniejszy wydźwięk. Rebelia jest w odwrocie, nasi bohaterowie rozproszeni. Luke odkrywa wstrząsającą prawdę o sobie i Vaderze, Han dostaje się do niewoli Jabby Hutta po zamrożeniu w karbonicie. Film kończy się bez klasycznego happy endu – bohaterowie ponoszą porażkę, a widz zostaje z poczuciem niepewności co do losów galaktyki. To odważne posunięcie, które wyróżnia sequele spośród typowych hollywoodzkich produkcji.

Oprócz tego, że to poważniejsza opowieść, „Gwiezdne wojny” stają się też w tej części głębsze i bardziej kompleksowe. Samo zgłębianie przez Luke’a tajników Mocy pod okiem mistrza Yody pozwoliło na rozszerzenie tego świata i jego mitologii. Sceny treningowe na bagiennej planecie Dagobah wprowadzają filozoficzny wymiar Mocy, odchodząc od prostego podziału na dobrą i złą stronę. „Imperium kontratakuje” to wielka rzecz i szkoda, że następnie „Powrót Jedi”, wraz z wesołymi, pluszowymi Ewokami, zrobił wszystko, żeby to dobre wrażenie zatrzeć. Niemniej środkowa część oryginalnej trylogii pozostaje wzorcem tego, jak powinien wyglądać sequel – pogłębiający uniwersum, rozwijający postacie i nie bojący się podejmować ryzyka narracyjnego.

26 lutego 2018

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.