Ciekawostki, Kultura, Rozrywka

Filmowe klapy finansowe. Najmniej kasowe filmy w historii kina

Produkcja filmowa to biznes jak każdy inny, czasem niebezpiecznie przypominający hazard. Nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności, że coś się sprzeda. Zdarza się więc, że duże pieniądze zainwestowane w projekt okazują się zmarnowane i bezpowrotnie stracone. Warto przyjrzeć się największym filmowym klapom finansowym. Zobaczyć, jak ogromne straty przyniosły producentom. A przede wszystkim może warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy te filmy naprawdę są takie złe, by zasłużyć na swój los.

Aleksander – historyczna superprodukcja, która straciła fortunę

Historyczna superprodukcja Olivera Stone’a, film o którym reżyser marzył od lat. W produkcję wpompowano kosmiczne pieniądze, które przełożyły się na bogate dekoracje, wielkie rzesze statystów i kunsztowne stroje z epoki. To nie wystarczyło, by przekonać publikę do odwiedzenia kina. Film kosztujący sto pięćdziesiąt pięć milionów dolarów zarobił zaledwie trzydzieści cztery miliony. Różnica między budżetem a wpływami ze sprzedaży biletów przekroczyła sto dwadzieścia milionów dolarów — suma porażająca nawet jak na standardy Hollywood.

Czy to taki zły film? Oj tak. Niestety. Największym grzechem, jaki film może popełnić, jest nuda. A trzygodzinny historyczny fresk Stone’a naprawdę potrafi znużyć. Efektownych scen bitewnych dostajemy zaskakująco mało. Film skupia się bardziej na osobistych relacjach wielkiego wodza z jego najbliższymi niż na jego spektakularnych podbojach. I żeby chociaż robił to dobrze! Dialogi brzmią sztucznie, montaż wydłuża akcję zamiast ją zagęszczać, a Colin Farrell w roli tytułowej nie potrafi przekonać widza do złożoności postaci macedońskiego władcy. Stone wyraźnie celował w epickie dzieło na miarę „Gladiatora”, ale zabrakło mu wyczucia proporcji między intymnością a widowiskowością.

Wyspa Piratów – przygodowe kino, które zabiło studio

Film, który na jakiś czas zabił pirackie kino (na szczęście później wskrzesili je „Piraci z Karaibów”), przyczynił się do plajty, mającego dotąd na koncie prawie same hity, studia Carolco, oraz zniszczył kariery reżysera Renny’ego Harlina (m.in. „Szklana pułapka 2″, „Na krawędzi”) i Geeny Davis, obsadzonej w głównej roli. Film za dziewięćdziesiąt osiem milionów zebrał nieprzychylne recenzje i zarobił śmieszne dziesięć milionów, zatem nie należy się dziwić tak daleko idącym konsekwencjom. Studio Carolco, które wcześniej producowało hity takie jak „Rambo” czy „Niezniszczalny”, po tej porażce już się nie podniosło.

A czy ta produkcja zasłużyła sobie na taki los? W żadnym razie! „Wyspa Piratów” to kawał solidnego kina przygodowego. Morskie bitwy, wielkie skarby, pojedynki na szable — wszystkie niezbędne elementy są na swoim miejscu. Do tego dodajmy dobre tempo, parę sympatycznych bohaterów (zwłaszcza bohater, w którego wcielił się Matthew Modine, ma niespożyte zasoby zawadiackiego uroku) i wzorową realizację, nie uciekającą się do pomocy komputerowych sztuczek. Na pewno w niczym nie ustępuje to „Piratom z Karaibów”, więc klapa jednego z tych filmów i sukces drugiego mogą naprawdę dziwić. Problem leżał prawdopodobnie w kampanii marketingowej — publiczność odebrała „Wyspę Piratów” jako produkcję przestarzałą, skierowaną do widzów szukających staromodnej przygody. Dziesięć lat później Disney udowodnił, że piracka formuła może przyciągnąć miliony widzów, o ile zapakuje się ją w odpowiednią otoczkę.

Jeździec znikąd – western, który nie trafił do widzów

To najświeższy przykład na naszej liście. Western spod ręki twórców „Piratów z Karaibów”, z Johnnym Deppem w jednej z głównych ról? To się nie mogło nie udać! A jednak…

Ku zaskoczeniu wszystkich, którzy spodziewali się, że reżyser Gore Verbinski powtórzy sukces swojej pirackiej serii, „Jeździec znikąd” okazał się jedną z największych klap finansowych. Ogromny budżet dwustu pięćdziesięciu milionów dolarów nie zwrócił się nawet w połowie — jedynie sto milionów wróciło do studia. Twórcy winą za taki stan rzeczy oskarżyli druzgoczące dla ich filmu recenzje. Krytycy zarzucali produkcji nadmierną długość, chaotyczną narrację i brak konsekwencji w budowaniu tonu. Ale czy rzeczywiście negatywne opinie były jedynym powodem frekwencyjnej katastrofy?

Czy „Jeździec znikąd” jest naprawdę taki zły? Nic z tych rzeczy! Można przypuszczać, że na jego niekorzyść zadziałało raczej to, że jest to film dziwaczny. Niekonsekwentny w tonie, co chwilę przeskakujący od poważnego i brutalnego klimatu w kompletną błazenadę i z powrotem. Rozciągnięcie tej historii na dwie i pół godziny też mogło nie być dla widzów zachęcające. Verbinski nie bał się mieszać konwencji — sceny pełne surowego, dustego realizmu przeplatają się z momentami grozy rodem z horroru, a te z kolei przechodzą w absurdalną komedię rodem z kreskówek Looneya Tunesa.

Można rzec, że tę konwencję albo się kupuje, albo nie. Jeśli kogoś do siebie przekona, będzie się naprawdę wyśmienicie bawił. „Jeździec znikąd” to film skupiony na postaciach, pełen specyficznego klimatu, humoru na dobrym poziomie, ale i gorzkiej nostalgii, a także szalonej akcji (obie rewelacyjne sceny kolejowe zapadają w pamięć). Johnny Depp w roli Tonto wypada zdecydowanie lepiej niż w kolejnych odsłonach „Piratów”, a Armie Hammer kreuje bohatera nieoczywistego — dalekiego od typowego kowboja-sprawiedliwego. Podobnie jak w innych filmach kultowych, które pierwotnie przegrały w box office, dopiero z czasem „Jeździec znikąd” zyskał uznanie części widzów ceniących nietypowe podejście do gatunku westernowego.

Planeta Skarbów – animacyjna perła, która nie zainteresowała publiczności

Animacja Disneya przenosząca akcję „Wyspy Skarbów” Stevensona w kosmos kosztowała sto czterdzieści milionów, z czego zwróciło się tylko osiemdziesiąt milionów. To jedna z długiego ciągu klap Disneya w tamtym czasie, która przyczyniła się niemal do wymarcia ręcznie rysowanej animacji 2D. Wytwórnia po serii porażek finansowych takich jak „Atlantyda: Zaginiony ląd” czy właśnie „Planeta Skarbów” praktycznie porzuciła tradycyjną technikę na rzecz animacji komputerowej, która przynosiła lepsze wyniki komercyjne.

Czy film się nie udał? Ależ udał się i to bardzo. To prawdziwa perełka w tamtym mrocznym dla Disneya okresie. Barwne postacie, wielka przygoda, sporo wzruszeń i okazji do śmiechu, piękna muzyka. Relacja między młodym Jimem Hawkinsem a cyborgiem Silverem to emocjonalne serce filmu — budowana stopniowo, pełna niuansów, daleka od prostego schematu mentor-uczeń. Co więc nie zagrało? Trudno powiedzieć. Może zawiodła promocja, a może widzowie nie mieli po prostu ochoty na kolejną piracką opowieść (nawet kosmiczną)? Innym problemem mogła być hybryda science fiction z klasyczną przygodą — dla dzieci za mało eksplozji i kosmicznych laserów, dla nastolatków za dziecinna otoczka, dla dorosłych za mało głębi. Film wpadł w lukę między grupami docelowymi i nie trafił do żadnej z nich wystarczająco skutecznie.

Pluto Nash – rekordowa porażka komediowa

Prawdziwa wisienka na torcie. Film z Eddiem Murphym w roli głównej kosztował sto milionów dolarów, a zarobił… jedynie siedem milionów. Murphy, owszem, przez lata musiał już przywyknąć do finansowych porażek, ale taki wynik nawet jego musiał zaskoczyć. Stosunek budżetu do wpływów (1:0,07) czyni „Pluto Nash” absolutnym rekordzistą wśród komercyjnych katastrof Hollywood. Co ciekawe, film został ukończony w 2001 roku, ale studio Warner Bros. odwlekało premierę o ponad rok, przeczuwając nadchodzącą katastrofę.

A sam film jest… słaby. Po prostu słaby. Może nie dno dna — z pewnością każdy z nas widywał jeszcze gorsze (przy dziełach, jakie tworzy nasza krajowa kinematografia nie jest o to trudno). Niemniej trudno doszukać się tu jakichkolwiek pozytywów. Humor nie działa, futurystyczna scenografia wygląda tandetnie mimo gigantycznego budżetu, a Murphy gra na autopilocie, jakby sam nie wierzył w materiał, który realizuje. Największym problemem „Pluto Nash” jest brak tożsamości — to nie jest ani śmieszna komedia, ani porywające science fiction, ani satyra społeczna. Film próbuje być wszystkim naraz i przez to nie jest niczym.

Czy klapa finansowa zawsze oznacza porażkę artystyczną?

Przeglądając powyższe przykłady, łatwo zauważyć ciekawą prawidłowość — finansowa porażka wcale nie musi iść w parze z porażką twórczą. Trzy z pięciu wymienionych produkcji to filmy całkiem przyzwoite, a dwie z nich („Wyspa Piratów”, „Planeta Skarbów”) zasługują wręcz na miano niedocenionych perełek. Problem tkwił często nie w jakości samego filmu, ale w strategii dystrybucji, kampanii reklamowej lub po prostu złym wyczuciu czasu premiery.

Warto też zauważyć, że Hollywood uczy się na błędach. Po klapie „Wyspy Piratów” nikt przez lata nie chciał słyszeć o pirackich filmach — aż do momentu, gdy Disney udowodnił, że wystarczy zmienić podejście i opakowanie, by ta sama formuła stała się maszyną do zarabiania pieniędzy. Podobnie było z westernami — gatunek uznawany za martwy potrafił wracać do łask, gdy tylko pojawił się świeży pomysł na jego reinterpretację.

Historia kina pełna jest przykładów filmów, które przegrały w box office, by z czasem zyskać status kultowych. Czasem wystarczy kilka lat dystansu, zmiana pokoleniowa widzów lub po prostu ponowne odkrycie zapomnianego tytułu, by finansowa klapa stała się obiektem uwielbienia fanów. Dlatego warto patrzeć na te produkcje nie tylko przez pryzmat strat finansowych, ale również szukać w nich wartości, których widzowie z jakiegoś powodu nie dostrzegli podczas premiery kinowej.

26 lutego 2018

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.