Co zobaczyć w Halloween – 10 filmów, które trzeba trzeba znać
Kultura, Rozrywka

Co zobaczyć w Halloween – 10 filmów, które trzeba trzeba znać

Muszę się do czegoś przyznać. Nie obchodzę Halloween. Z tego samego powodu, z którego nie obchodzę Dnia Świętego Patryka czy Chińskiego Nowego Roku. Nie moja kultura, nie moja bajka. Ale, jako że wśród znajomych uchodzę za „tego, co to się zna na filmach”, bywam pytany o najlepsze filmy na Halloween. I trzeba przyznać, że powstało wiele wartościowych produkcji, które mogą uświetnić wam ten wieczór. Jeśli więc Halloween ma być pretekstem, by obcować z dobrym kinem, to trudno być przeciw.

Horror, który nadał imię wieczorowi

Nie udawajcie, że nie wiedzieliście, że to się znajdzie na samym początku listy. Film pod takim tytułem? Tak być po prostu musiało.

A czemu to takie dobre na pełen grozy halloweenowy wieczór? Naprawdę pytacie? Opowieść o psychopatycznym mordercy, który w Halloween szlachtuje nastolatki i gania z nożem za biedną Jamie Lee Curtis na pewno nie pozwoli wam spać spokojnie. Ja za każdym razem, gdy odzywa się kultowa melodyjka Johna Carpentera, zaczynam czuć dziwny niepokój i nerwowo rozglądać się, czy ktoś aby za mną nie stoi. Ten minimalistyczny, hipnotyzujący motyw fortepianowy w rytmie 5/4 działa na nerwy lepiej niż niejedna efektowna scena gore. To właśnie prostota formy czyni „Halloween” tak skutecznym – żadnych nadprzyrodzonych istot, tylko człowiek w masce i wszechobecne poczucie zagrożenia.

Musical poklatkowy dla fanów podwójnych świąt

A tu coś dla fanów animowanych musicali. Właściwie ten film, zrealizowany w technice poklatkowej, to takie „dwa w jednym”, bo możecie go sobie puścić na Halloween albo Boże Narodzenie, jak wam będzie pasować. Praktyczne, prawda?

Jeśli ktoś się zastanawiał, gdzie te wszystkie straszące w Halloween wiedźmy, szkielety, wampiry i potwory podziewają się przez resztę roku, to teraz się dowie, że mają swoje miasteczko. A film opowiada o tym, jak owe upiorne kreatury postanawiają tym razem wyjątkowo zorganizować… Boże Narodzenie. Co może z tego wyniknąć? No jasne, że wiele nieporozumień i… dobrej zabawy – dla widza, oczywiście, bo na pewno nie dla bohaterów filmu.

Jack Skellington, król dyń z Miasteczka Halloween, przeżywa kryzys egzystencjalny. Po latach organizowania tego samego święta czuje pustkę. Gdy przypadkiem odkrywa Miasteczko Bożego Narodzenia, postanawia przejąć to święto na swój sposób. Efekt? Makabryczne prezenty, przerażony Święty Mikołaj i estetyka gotyckiego horroru mieszająca się ze świątecznymi lampkami. Tim Burton i reżyser Henry Selick stworzyli dzieło, które balansuje między mroczną baśnią a muzycznym spektaklem, a piosenki Danny’ego Elfmana zapadają w pamięć na długo.

Wampir w gwiazdorskiej obsadzie

Halloween bez księcia wampirów? Wolne żarty! Oczywiście, że Drakula musi się pojawić. A skoro tak, to najlepiej w tej najbardziej znanej i klasycznej wersji – mowa oczywiście o filmie Francisa Forda Coppoli z 1992 roku.

Czemu akurat tę ekranizację polecam? Dwa powody. Po pierwsze, nader wiernie trzyma się książki Brama Stokera. Poza lekkim rozbudowaniem relacji naszego tytułowego wampira i Miny nie ma tu żadnych udziwnień i innych produktów wyobraźni scenarzystów, jak to się nieraz zdarza w innych wersjach tej historii.

A po drugie, obsada jest iście gwiazdorska. No owszem, będziecie musieli jakoś przetrawić drewnianego jak zwykle Keanu Reevesa, ale dla Gary’ego Oldmana w tytułowej roli chyba warto się trochę poświęcić? A oprócz niego są tu jeszcze Anthony Hopkins i Winona Ryder (Monica Bellucci też się pojawia, wprawdzie tylko na jakieś dwie minuty, ale panowie i tak będą zadowoleni, zapewniam). Oldman kreuje Drakulę jako postać tragiczną – nie tylko potworną, ale i naznaczoną wielowiekowym cierpieniem, szukającą odkupienia w miłości. To właśnie ta wielowarstwowość bohatera wyróżnia wersję Coppoli spośród dziesiątek innych adaptacji. Reżyser celowo unikał CGI, stawiając na tradycyjne efekty specjalne – cienie, podwójne ekspozycje, miniaturki – co nadaje filmowi ponadczasowy, niemal operowy wymiar.

Komediowa wersja gotyckiego mitu

Skoro już mowa o Drakuli, to oczywiste, że trzeba też w ten wieczór zaprosić do domu Frankensteina. Jak mogłoby się bez tego obyć? Ale którą filmową wersję tu polecić? Na pewno nie tę z 1994 – De Niro jako potwór to jeszcze daje radę, ale Branagh nie pasuje do roli doktora Frankensteina zupełnie.

A zatem zdecydowałem się polecić wersję nietypową. Panie i panowie, oto „Młody Frankenstein” w komediowym wydaniu Mela Brooksa. Nie muszę chyba tłumaczyć, czemu to warte waszej uwagi? Widzieliście „Robin Hooda: Facetów w rajtuzach”? No właśnie. Można skonać ze śmiechu, prawda? Koniecznie więc musicie też zobaczyć, jak Brooks sobie poradził, biorąc na warsztat „Frankensteina”.

I może poczujecie się raźniej w tę mroczną halloweenową noc. Zdradzę wam pewien sekret – ze strachami najlepiej walczyć śmiechem. Brooks kręcił film czarno-białym, używając oryginalnych dekoracji z produkcji Universal z lat 30., co nadaje mu autentyczny klimat klasycznego horroru. Gene Wilder jako dr Frederick Frankenstein (który upiera się, że wymawia się „Fronkenstin”) gra z całkowitym poświęceniem, balansując między parodią a szczerym hołdem dla źródłowego materiału. Scena z „Puttin’ on the Ritz” śpiewaną przez potwora to jeden z najzabawniejszych momentów w historii kina komediowego.

Animacja o chłopcu rozmawiającym z duchami

Chłopak rozmawiający z umarłymi + inwazja zombie na małe miasteczko? Nie wiem jak wy, ale ja biorę w ciemno!

No dobrze, szczerze mówiąc, to przez większą część seansu „ParaNorman” nie rzucał mnie na kolana. Ot, taka lekka i przyjemna animowana komedyjka, nabijająca się ze schematów wszelkich filmów spod znaku „Nocy żywych trupów”. Ale potem przyszedł finał. Głęboki, pełen emocji i swoistego smutnego piękna. I ten właśnie finał wzniósł nagle cały film o poziom wyżej. Warto się samemu przekonać!

Norman, wyrzutek społeczny obdarzony zdolnością komunikowania się z duchami, staje przed zadaniem powstrzymania stuletniej klątwy nałożonej przez czarownicę skazaną za czary. Film studio Laika to mistrzowsko wykonana animacja poklatkowa, która pod pozorami dziecięcej opowieści kryje dojrzałe przesłanie o tolerancji, przebaczeniu i cenie zemsty. Scena konfrontacji z duchem czarownicy – która okazuje się być zaledwie przerażonym dzieckiem – to moment, w którym film przestaje być lekką rozrywką, a staje się poruszającym studium o tym, jak strach rodzi przemoc. Norman nie pokonuje zła siłą, lecz empatią – to rzadki w kinie animowanym przykład naprawdę subtelnej narracji.

Slasher, który wyśmiewa schematy horroru

Jak już uporacie się z tymi wszystkimi slasherami, w których psychopatyczni mordercy z nożem w ręce szlachtują nastolatki, koniecznie rzućcie okiem na „Krzyk” Wesa Cravena, w którym… nastolatki są szlachtowane przez mordercę z nożem w ręce. No dobrze, dobrze, fabuła jak ze stu innych filmów tego typu, zgadza się. Ale „Krzyk” jest jedyny w swoim rodzaju, bo bierze pod lupę schematy takich filmów, wyśmiewa je i przerabia po swojemu.

A przy tym, mimo że to film zrealizowany z przymrużeniem oka, nie wyrzeka się swych horrorowych korzeni i serwuje solidną dawkę jak najbardziej prawdziwego napięcia i grozy. Bohaterowie doskonale znają reguły filmów grozy – wiedzą, że nie można mówić „zaraz wracam”, że dziewica przeżyje, a uprawianie seksu to wyrok śmierci. Ta samoświadomość nie niszczy jednak napięcia, wręcz przeciwnie – potęguje je w nieoczywisty sposób.

Jeśli wam się spodoba… Nie, źle to ująłem. Co znaczy „jeśli”? Przecież to „Krzyk”, do licha! Kiedy się wam spodoba, sięgnijcie też po następne części. Może nie dorównują oryginałowi, ale i tak są niezłe. Zwłaszcza czwórka, która porusza temat dzisiejszej mody na remaki filmowe i robi to po prostu błyskotliwie. Scena otwierająca z Drew Barrymore – która miała być pierwotnie główną bohaterką – to jedno z najbardziej szokujących otwarć w historii gatunku. Craven celowo budował marketing wokół jej postaci, by jej śmierć w pierwszych minutach była prawdziwym zaskoczeniem dla widzów.

Łowca potworów w akcji pełnej efektów

Drakula, potwór Frankensteina i wilkołaki. Wszystko, co najlepsze w klasycznych horrorach, zebrane w jednym filmie? Ano właśnie! Taka kumulacja rzadko się trafia, więc kiedy już pojawia się taka okazja, to obowiązkowo trzeba obejrzeć.

Bohatera, znanego łowcę potworów, możecie kojarzyć z „Drakuli”, ale na zachętę dla pań zdradzę, że zamiast typowego starego profesora, jakiego spodziewałybyście się zobaczyć w tej roli, dostaniecie tym razem zawadiackiego i przystojnego jak zawsze Hugha Jackmana – panowie zaś zawieszą oko na Kate Beckinsale i wszyscy będą zadowoleni.

Stephen Sommers, reżyser „Mumii”, podszedł do materiału z pełną świadomością camp – „Van Helsing” to popis efektów specjalnych i dynamicznych scen akcji, które nie udają, że są czymś więcej. To film, w którym można zobaczyć epicki pojedynek z trzema pannami wampirami w jednej scenie, a zaraz potem pościg konny po Paryżu z Hydem w roli głównej. Szczególnie udane są sekwencje transformacji wilkołaków – połączenie CGI i praktycznych efektów daje rezultat wizualnie satysfakcjonujący nawet po latach.

Zjazd potworów w ekskluzywnym hotelu

A co może być lepszego niż zebranie w jednym filmie Drakuli, Frankensteina i wilkołaków? Już mówię: zebranie w jednym filmie Drakuli, Frankensteina, wilkołaków, mumii, czarownic, niewidzialnego człowieka i w ogóle każdej innej poczwary, jaka się nawinie. A to właśnie robi „Hotel Transylwania”.

Film pokazuje nam, co robią te wszystkie potwory, kiedy chcą odpocząć z dala od… ludzi. Przypadkiem jednak na ich zjazd trafia człowiek. I tu zaczyna się szalona jazba. Film pędzi na pełnym gazie i nigdy nie ustaje w serwowaniu kolejnych zwariowanych gagów.

Reżyser Genndy Tartakovsky, znany z „Samuraja Jacka”, zastosował tu technikę animacji naśladującą klasyczne cartoons – postacie poruszają się w przesadzony, elastyczny sposób, co nadaje całości tempo i energię rzadko spotykaną w pełnometrażowych animacjach. Adam Sandler jako głos Drakuli w oryginale może być kontrowersyjny, ale charakter nadopiekuńczego ojca próbującego ochronić córkę przed światem ludzi sprawdza się zaskakująco dobrze. Film subtelnie odwraca stereotypy – to nie potwory są zagrożeniem, lecz ludzie z pochodniami i widłami.

Najdziwniejsza rodzina w historii kina

To już klasyka czarnej komedii. Zaproście do siebie w Halloween tę najbardziej upiorną filmową rodzinkę, a nie będziecie żałować. Gomez, Morticia, ich stale igrające ze śmiercią dzieciaki, lokaj przywodzący na myśl potwora Frankensteina, czy… ręka, pełniąca rolę domowego zwierzątka – ta ekipa rozbawi was do łez. Znakomity czarny humor wylewa się z ekranu wiadrami.

Barry Sonnenfeld, który wcześniej pracował jako operator u braci Coen, przeniósł na ekran makabrycznie szykowną estetykę komiksu Charlesa Addamsa. Kluczem do sukcesu filmu jest obsada – Anjelica Huston jako Morticia to wcielenie gotyckiej elegancji, Raul Julia gra Gomeza z takim entuzjazmem, jakby każdy dzień był jego ostatnim, a Christina Ricci jako Wednesday stała się ikoną popkultury dzięki swojemu deadpan delivery i upiornie spokojnemu spojrzeniu. Film nie traktuje Addamsów jak dziwolągów – dla nich to normalny świat jest dziwny, co tworzy komediowy kontrast. Scena, w której Wednesday pyta na obozie letnim, czy można spalić czarownicę „naprawdę”, to kwintesencja tego podejścia.

Kraina zmarłych według Tima Burtona

Nasz młody bohater przypadkiem oświadcza się od dawna nieżyjącej pannie i zostaje zmuszony udać się z nią do krainy zmarłych jako jej narzeczony. Oryginalne? A jakże!

W tym filmie znany z wyobraźni Tim Burton zaserwował nam wizję krainy umarłych, jakiej jeszcze nie było. Kolorową, energiczną i rozśpiewaną. W zasadzie największymi sztywniakami są w tym filmie ci, którzy jeszcze żyją. Zmarli mają styl i wiedzą, jak się dobrze zabawić, co udziela się i widzowi. Jeżeli tak ma to wyglądać, to aż by się niemal chciało już wskoczyć do grobu.

Burton odwraca tutaj tradycyjną kolorystykę – świat żywych jest wygaszony, monochromatyczny i smutny, podczas gdy kraina zmarłych eksploduje kolorami, muzyką i radością życia (czy raczej nie-życia). Victor, niezdarny i nieśmiały chłopak, czuje się swobodniej wśród umarłych niż w sztywnym, konwenansowym świecie swoich rodziców. Panna młoda Emily, choć martwa, ma więcej życiowej energii niż żywa narzeczona Victora, Victoria. To gorzka refleksja nad tym, co naprawdę znaczy być żywym. Danny Elfman, współpracownik Burtona, skomponował tu jedne ze swoich najlepszych utworów – zwłaszcza „Tears to Shed” to prawdziwy przebój musicalowy zasługujący na większą uwagę.

6 października 2016

1 komentarz do “Co zobaczyć w Halloween – 10 filmów, które trzeba trzeba znać”

  1. Zgadzam się ze wszystkimi propozycjami z tej listy. Bardzo lubię wymienione tutaj filmy Burtona. Jeszcze bym dodała „Sok z żuka”, ma świetny, halloweenowy klimat.

Skomentuj Słodko-Gorzka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.