Kultura, Rozrywka

Co obejrzeć w walentynki – subiektywna lista

Lubicie walentynki? Pewnie większość odpowie twierdząco. A lubicie filmy o miłości? Takie, które w walentynkowy wieczór ogląda się z drugą połówką? Bo ja raczej średnio. Rzadko utrafiają w mój gust łzawe melodramaty, w których miłość jest większa niż życie i śmierć, a zapewnienia o płomiennym uczuciu wypowiadane są z drętwym patosem. A komedie romantyczne? Te są jeszcze gorsze — wyglądają, jakby wszystkie schodziły z jednej taśmy produkcyjnej.

No dobrze, ale czy w takim razie uważam, że żadnych filmów o miłości nie warto oglądać? Nie do końca. Jest kilka produkcji, które mógłbym na walentynkowy wieczór polecić. Przygotujcie się na moją listę. Czysto subiektywną listę, na której nie będzie „Titanica” ani „Pretty Woman”. Walentynki bez tych filmów, wyobrażacie sobie? Nie musicie się z moją listą zgadzać. Na pewno każde z was ma swoją własną, równie subiektywną. Śmiało podzielcie się nią w komentarzach!

Zaczarowana — gdy bajka spotyka rzeczywistość

Disnejowska księżniczka przeniesiona do współczesnego Nowego Jorku? Co może z tego wyniknąć? Przede wszystkim dużo humoru, ale i autentycznego romantyzmu, który nie operuje wyświechtanymi schematami.

Giselle (w tej roli bezbłędna Amy Adams) jest, jak to księżniczka z bajki Disneya, naiwna i prostoduszna, ale i życzliwa dla każdego. Z kolei Robert to cyniczny prawnik, który już nie wierzy w miłość po bolesnych doświadczeniach. Zderzenie tych dwojga jakże odmiennych charakterów pokazano w zabawny i angażujący sposób — sceny, w których Giselle śpiewa ze zwierzętami w nowojorskim mieszkaniu (choć są to głównie szczury i karaluchy), doskonale ilustrują absurd sytuacji.

Film jest po prostu uroczo słodki. Jak to określiła pewna moja znajoma: „To tak jakby słoik miodu jeszcze posmarować miodem”. Momentami ta opowieść operuje zresztą świadomym kiczem, wyśmiewając typowe disnejowskie schematy — choćby scenę, w którym prince charming przemierza ulice Manhattanu w połyskliwej zbroi.

Nie jest to jednak wyśmiewanie cyniczne, a tylko życzliwe podśmiewanie się pod nosem, bowiem film ostatecznie nie wydrwiwa, lecz oddaje hołd wszystkiemu, co w klasycznych opowieściach o miłości jest najpiękniejsze. Zaręczam, że solidnie się uśmiejecie, ale i niejedna łza zaszkli się wam w oczach — zwłaszcza podczas balu, gdzie Robert i Giselle tańczą w milczeniu, bez zbędnych słów wyrażając wzajemne uczucie.

Ulubieńcy Ameryki — gdy miłość staje się towarem

Eddie i Gwen byli parą, ale obecnie już nią nie są. Kłopot w tym, że są też dwojgiem słynnych aktorów, a powodzenie ich nowego filmu zależy od tego, czy ludzie będą myśleli, że ich ulubieńcy nadal są ze sobą. Oboje muszą więc udawać szczęśliwych partnerów podczas promocyjnej trasy — co prowadzi do absurdalnych, ale i wzruszających sytuacji.

To jedna z niewielu komedii romantycznych, które mnie nie nudzą. Połączono tu ze sobą opowieść o miłości z satyrą na świat filmowego biznesu, pokazując mechanizmy manipulacji wizerunkiem gwiazd i cyniczną eksploatację ich prywatności dla zysku.

Dzięki temu film nie tylko jest przezabawny, co wcale nie zdarza się często (zwykle twórcy komedii romantycznych jakby zapominali o pierwszym członie nazwy tego gatunku). Oprócz tego ma w sobie też pewną głębię — mówi wszak o tym, że w dzisiejszych czasach nawet najwznioślejsze uczucia, takie jak miłość, są przez wielki biznes cynicznie wykorzystywane. Sceny konferencji prasowych, podczas których para musi odpowiadać na nachalne pytania o swoje życie intymne, są równie komiczne, co gorzkie w wymowie.

Naprawdę polecam. Na zachętę dodam, że obsada jest gwiazdorska — wystarczy tylko wspomnieć o Catherine Zeta-Jones i Julii Roberts, które kreują niezapomniane role z pełnym zaangażowaniem.

Dźwięki muzyki — musical, który pokonuje uprzedzenia

Co, nie lubicie musicali? Nawet tych klasycznych? No to wasz problem. A „Dźwięki muzyki” to mistrzostwo gatunku — nie bez powodu zyskało pięć Oscarów, w tym za najlepszy film.

Znakomite są wszystkie piosenki — od radosnego „Do-Re-Mi” po przejmujące „Edelweiss” — ale i sama historia jest ujmująca. Na przykładzie Marii i jej perypetii w domu von Trappów, film ukazuje nam, że czasem wystarczy, by w naszym życiu pojawiła się jedna osoba, by wnieść w nie promyk światła i zmienić wszystko, co dotąd wydawało się niezmienne.

Miłość Marii i surowego z początku kapitana, który dopiero pod jej wpływem łagodnieje i przypomina sobie o swoich ludzkich cechach, ma w sobie coś z baśni o pięknej i bestii. Scena, w której kapitan po raz pierwszy od lat śpiewa ze swoimi dziećmi „Edelweiss”, doskonale obrazuje jego przemianę — mężczyzna odzyskuje zdolność do wyrażania uczuć.

Cała historia chwyta za serce, a fakt, że dzieje się w trudnych czasach nazistowskiej aneksji Austrii, uwypukla tylko potrzebę miłości i zwyczajnego ludzkiego ciepła w każdych, nawet najgorszych okolicznościach, jakie zgotuje nam los. Ucieczka rodziny von Trappów przez góry to nie tylko suspens, ale przede wszystkim manifestacja tego, jak daleko można zajść, gdy działa się w imię miłości do najbliższych.

Herkules — animacja, która traktuje miłość poważnie

No, na mojej liście koniecznie musiał się znaleźć jakiś film animowany, żeby było inaczej niż na innych listach walentynkowych filmów, które możecie znaleźć w czeluściach internetu. Choć jedna pozycja powinna przecież w zestawieniu filmów o miłości bronić honoru kreskówek i godnie je reprezentować.

Bo przecież wiele spośród filmów animowanych to piękne opowieści o miłości, których nie powinniśmy zbywać wzruszeniem ramion, tylko dlatego, że niektórzy uważają, że to „dla dzieciarni”. W zasadzie mógłbym tu więc wrzucić na przykład „Anastazję” albo „Zaplątanych”. O, albo „Aladyna”! Przecież lot na dywanie i piosenka „A whole new world” to kwintesencja romantyzmu!

Dlaczego więc wybrałem „Herkulesa”? Bo wątek miłosny wydaje mi się tu najbardziej wyrazisty i najmniej infantylny. To w dużej mierze dzięki postaci Meg. Nietypowa to bohaterka jak na disnejowskie standardy — przeżyła nieszczęśliwą miłość i poświęciła się dla mężczyzny, który ostatecznie ją zdradził, zostawiając z emocjonalną raną. Zraniona i nieufna, nie wierzy już w miłość, a nawet ją wyśmiewa jako naiwną iluzję.

Dlatego relacje jej i Herkulesa są takie odmienne od tego, co widzimy w innych animacjach — zamiast miłości od pierwszego wejrzenia mamy tutaj stopniowe przełamywanie barier i powolne odzyskiwanie wiary w drugiego człowieka. Bo Meg wciąż się waha, czy może zaufać temu nowemu, rodzącemu się w niej uczuciu. No i szczerze mówiąc, scena ich wspólnych „wagarów” w ogrodzie, gdzie Meg w końcu przyznaje sama przed sobą, że się zakochała (piosenka „I Won’t Say I’m in Love”), ujmuje mnie za serce swoją romantycznością i szczerością emocjonalną.

Tak jak ujmujące jest też to, jak film przedstawia wagę poświęcenia w miłości. Tego, że dla ukochanej osoby chce się nawet oddać życie — dosłownie zanurzyć się w Styks, aby ocalić jej duszę — a potem skwitować to zwykłym „Ludzie robią różne rzeczy, gdy są zakochani”, tak, jakby była to najbardziej oczywista i naturalna rzecz pod słońcem. Ta scena, w której Herkules starzeje się w wodach Styks, ale nie odpuszcza, dopóki nie wydobędzie duszy Meg, pokazuje miłość jako czyn, nie tylko słowa.

Lepiej być nie może — niepoprawny portret uczucia

Żeby udźwignąć ten film wystarczyłby w zasadzie duet Jacka Nicholsona i Helen Hunt, bo są tu po prostu znakomici i Oscary za swe kreacje otrzymali zasłużenie. Ale film ma do zaoferowania o wiele więcej niż ich aktorski popis — to przede wszystkim wnikliwa obserwacja tego, jak ludzie z bagażem traum i obsesji mogą się nawzajem uzdrawiać.

To właściwie nie tyle komedia, co komediodramat romantyczny, który nie boi się pokazywać brzydkich stron swoich bohaterów. Wyróżnia się kapitalnymi dialogami (scenariusz Marka Andursa i Jamesa L. Brooksa zasługuje na osobne wyróżnienie) i przedstawieniem postaci. Zwłaszcza bohater Nicholsona jest wyśmienicie skonstruowany, bo jest po prostu bucem, traktującym nieuprzejmie całe swoje otoczenie — cierpi na zaburzenie obsesyjno-kompulsywne i nie potrafi nawiązywać normalnych relacji — a mimo to my, jako widzowie, potrafimy poczuć do tej postaci sympatię. Owszem, duża zasługa w tym, że chamskie odzywki Nicholsona są takie zabawne, ale także w tym, że widzimy jego autentyczną walkę o zmianę.

On i Hunt grają tu dwoje zagubionych we współczesnym świecie ludzi, którzy nagle odkrywają, że potrzebują siebie nawzajem, aby się odnaleźć. I, jak pokazuje film, tyle wystarczy. Naprawdę wystarczy czasem znaleźć tę drugą osobę, by poradzić sobie z sobą samym. Scena, w której bohater Nicholsona mówi do Carol (Hunt): „Sprawiasz, że chcę być lepszym człowiekiem” — to nie ckliwa deklaracja, tylko autentyczne wyznanie kogoś, kto odkrył w sobie możliwość zmiany dzięki drugiemu człowiekowi.

31 stycznia 2017

1 komentarz do “Co obejrzeć w walentynki – subiektywna lista”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.