Kultura, Rozrywka

10 najlepszych filmów wszech czasów

Czy stworzenie takiej listy w ogóle jest możliwe? Na jakiej zasadzie wybrać dziesięć najlepszych filmów spośród tego mrowia, które powstało? Kino ma już przecież ponad stuletnią historię! I my, kinomaniacy, zamiast rzucić setką naszych ulubionych tytułów, mielibyśmy wyłuskać zaledwie dziesiątkę? Czy ważniejsze, by w takim zestawieniu znalazły się filmy wybitne, głębokie, wartościowe – czy może po prostu takie, które najlepiej nam się ogląda? Zadanie ponad siły. Ale spróbujmy się z nim zmierzyć. Gdybyście mieli polecić komuś tylko dziesięć filmów, to które trafiłyby na waszą listę? Podzielę się z wami moją.

Przeminęło z wiatrem (1939)

Jeżeli istnieje jakiś film, który po prostu trzeba obejrzeć, to właśnie ten. Te dziesięć Oscarów nie wzięło się znikąd, podobnie jak fakt, iż pod względem liczby sprzedanych biletów jest to do dzisiaj największy filmowy przebój wszech czasów. Tak, tak – tego wyniku nie pobił nawet „Avatar”. A skoro to największy przebój, to siłą rzeczy musiał się tu znaleźć, czyż nie?

Tylko błagam was, nie traktujcie tego jak romansidła! To nie żaden harlequin! To bogata, wielowątkowa opowieść o trudnych dziejach amerykańskiego Południa. O świecie, który odchodzi w niepamięć i ludziach, którzy albo nie są w stanie przystosować się do nowych realiów (jak Ashley), albo zrobią wszystko, by to osiągnąć – bez moralnych skrupułów i oglądania się na innych (Scarlett). Oprócz tego jest to też, na co mało kto zwraca uwagę, naprawdę ciekawy film psychologiczny. Pełen różnorakich patologii związek Scarlett i Rhetta to świetny materiał do analiz. Margaret Mitchell stworzyła bohaterów żyjących autentycznymi emocjami – ich konflikty wewnętrzne nie tracą mocy nawet dekady po premierze.

Titanic (1997)

Że łzawe i kiczowate? Który to powiedział?! Ja tam uważam, że jedenaście Oscarów jest zasłużone. A i fakt, że do czasu „Avatara” był to najbardziej kasowy film w dziejach, nie bierze się z powietrza.

Ten ograny wątek mezaliansu jest tutaj poprowadzony naprawdę z dużym wyczuciem. To poruszająca historia, pełna smutnego piękna. A sama katastrofa statku, którą możemy śledzić ze szczegółami przez prawie półtorej godziny, to realizacyjne mistrzostwo. James Cameron zaaranżował sekwencję tonięcia z taką precyzją, że w wielu momentach zapominamy o fikcyjności całej sceny. Nie zapominając, że na dodatek mamy tu do czynienia z jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych w historii kina – motyw „My Heart Will Go On” to sygnatura filmowych lat dziewięćdziesiątych.

Władca Pierścieni: Powrót króla (2003)

Tak, to trochę takie oszustwo z mojej strony, bo jeśli ktoś chce zobaczyć „Powrót króla”, musi bezwzględnie obejrzeć najpierw poprzednie części. Wiadomo, że jeśli robimy listę największych przebojów w historii kina, to „Władca Pierścieni” musi się obowiązkowo na niej znaleźć. A dlaczego trzecia część? Bo najlepsza – to nie tylko moje zdanie, co potwierdza jedenaście Oscarów.

Najbardziej epicka. Najlepiej wyważona – wreszcie każda postać ma wystarczająco dużo czasu ekranowego (wcześniej na przykład Merry i Pippin byli trochę spychani na bok). Bitwa na polach Pelennoru zaś to, zdaniem wielu, potyczka nakręcona z największym rozmachem w historii. Peter Jackson pokazał, że cyfrowe efekty specjalne mogą współgrać z autentycznym dramatem – szczególnie w scenach z udziałem Aragorna, Gandalfa i Golluma.

Czy zakończenie jest za długie? Może trochę. Ale nie dziwmy się, że twórcy nie chcieli rozstawać się ze Śródziemiem, bo i nam robi się smutno za każdym razem, gdy „Powrót króla” dobiega końca. I od razu planujemy następny seans.

Forrest Gump (1994)

Opowieść o niezbyt bystrym człowieku, którego los wciąż rzuca w wir wydarzeń fundamentalnych dla amerykańskiej (i nie tylko) historii. Cóż mogę napisać? Wszyscy są tym filmem zachwyceni, więc co mogę dodać od siebie? Czy życie jest jak pudełko czekoladek, tego nie jestem pewien. Wiem za to, że film jest kapitalnie zrobiony, z wyczuciem, inteligencją, no i że w jednej chwili potrafi szczerze rozbawić, by już w następnej wzruszyć. Pełna gama emocji, a wszystkie wiarygodne.

Ciepła, ale i tragikomiczna opowieść, pełna jedynego w swoim rodzaju smutnego piękna. Tom Hanks stworzył postać, która – mimo pozornej prostoty – skłania do głębszych refleksji nad losem, determinizmem i wartością ludzkiej dobroci. Jenny, porucznik Dan, mama Forresta – każda z tych postaci wnosi do filmu własny dramat, a wszystkie są opowiedziane z empatią i szacunkiem.

Gladiator (2000)

Epickie dzieło Ridleya Scotta to chyba najlepsze osiągnięcie tak zwanego „kina sandałowego”. Jest w tej historii, pełnej walki, intryg, zdrady i zemsty, coś iście szekspirowskiego. Pewnego rodzaju głębia, której dziś próżno szukać w filmowych superprodukcjach.

To chyba jedna z ostatnich prawdziwie wielkich opowieści – takich, w których naprawdę czuje się wagę wydarzeń. Maximus Decimus Meridius przechodzi drogę od generała do niewolnika, a każdy etap tej transformacji jest naznaczony bólem i stratą. A Joaquin Phoenix daje tu wspaniały popis w roli Kommodusa, cesarza opętanego swymi rozlicznymi szaleństwami. Jego zazdrosna obsesja na punkcie ojca i siostra sprawia, że antagonista staje się równie interesujący jak protagonista.

Scott odtworzył starożytny Rzym z fotograficzną dbałością o detal – areny, ulice, pałace to nie tylko tło, lecz także pełnoprawni bohaterowie tej opowieści.

Matrix (1999)

Objawienie! Film, który zmienił cały gatunek sf! Czy można się dziwić? Jak często powstaje dzieło, które zarazem zapewnia świetną rozrywkę, jak i skłania do refleksji, stając się dla całej rzeszy widzów materiałem do rozlicznych interpretacji? To właśnie przypadek absolutnie kultowego „Matrixa”.

Ambitne, filozoficzne zagadnienia są tu przeplatane z dynamiczną akcją w całkiem nowym stylu (na którym później niejeden twórca się wzorował). Rodzeństwo Wachowskich sięgnęło po motywy z filozofii Platona, symulacjonizmu i cyberpunku – i połączyło je w spójną całość. Do tego dochodzi intensywny, techniczny nastrój (czy to może zasługa industrialu na ścieżce dźwiękowej?). No i bullet time – niezwykły zabieg, który przeszedł do historii.

Ten film trzeba znać, bez względu na to, czy traktujemy go jako pierwszą część trylogii, czy też jako osobny film i udajemy (powszechna praktyka wielu fanów), że kontynuacje nigdy nie powstały.

Obcy: Decydujące starcie (1986)

Druga część serii „Alien” to prawdziwa filmowa uczta. Wszyscy się chyba zgodzą, że gdy mowa o filmach z rodzaju „grupa ludzi vs krwiożercze potwory”, po prostu nie da się znaleźć nic lepszego niż druga część „Obcego” (nawet „Jurassic Park” się, przy całym szacunku, nie umywa).

Owszem, nie ma tu już tego niepowtarzalnego klimatu, który jest tak wielkim atutem części pierwszej, ale jest inny – nie gorszy, tylko inny – i dużo do zaoferowania oprócz tego. Wyraziste postacie, nastrój grozy (no tak, niby mamy setki obcych, zatem z powodu tego przesytu efekt nie powinien być taki dobry, ale mimo to groza nadal jest wyraźnie odczuwalna), od grama wystrzałowej akcji.

I oczywiście wisienka na torcie – królowa obcych, będąca również bez wątpienia królową tego filmu. James Cameron przekształcił horror w thriller akcji, nie tracąc przy tym fundamentów gatunku. Ellen Ripley w interpretacji Sigourney Weaver zyskała nowy wymiar – stała się symbolem macierzyńskiego instynktu i determinacji, chroniąc małą Newt przed armią ksenomorfów.

Braveheart (1995)

To kolejna obowiązkowa pozycja dla prawdziwych kinomaniaków. Jeśli jakimś cudem nie znasz jeszcze historii Williama Wallace’a, nadszedł czas aby to nadrobić. Jest to piękna, poruszająca opowieść o bohaterstwie, patriotyzmie i poświęceniu. Rozpisana na wiele postaci fabuła nie pozwala się nudzić. To historia pełna krwi i przemocy, a równocześnie, o dziwo, romantyzmu, podniosłych uczuć i wzruszeń. Nie sposób nie ronić łez podczas finałowej sceny.

To epicki film rozgrywający się w pełnych surowego piękna szkockich pejzażach i przy akompaniamencie grającej na emocjach muzyki, z udziałem wielu znamienitych aktorów (nie tylko Mela Gibsona, choć wiadomo, że on gra pierwsze skrzypce). Batalia pod Stirling, okrucieństwa angielskiego króla Edwarda Długonogi, romans z Murron – każda z tych linii fabularnych została poprowadzona z takim rozmachem, że widz czuje się jak świadek historycznych wydarzeń. Gibson nie tylko wystąpił w roli głównej, ale także wyreżyserował całość z niewiarygodną pasją.

Poszukiwacze zaginionej Arki (1981)

Ten film nieuchronnie powraca w każdym rankingu najlepszych filmów w historii. Dlaczego? Bo to po prostu wzorzec kina przygodowego, do którego praktycznie każdy twórca tego gatunku próbuje się w jakiś sposób odwoływać.

Jest tu wszystko: akcja, pościgi, strzelaniny, starożytne artefakty, węże, humor, groza, miłość, naziści, ciężarówki, łodzie podwodne, karabiny, miecze… Wszystko. Na czele z samą Arką Przymierza – a to wątek, dzięki któremu w filmie miesza się nastrój przygody z tajemniczą atmosferą niesamowitości (w jednym i drugim przypadku nieocenione zasługi oddają filmowi muzyczne motywy Johna Williamsa).

Steven Spielberg i George Lucas stworzyli postać Indiana Jonesa jako hołd dla seriali przygodowych z lat trzydziestych – ale zamiast nostalgicznego pastiżu dostarczyli widzom czegoś nowatorskiego, co do dziś wyznacza standardy gatunku. Harrison Ford wcielił się w rolę archeologa z taką charyzmą, że Indiana Jones stał się ikoną popkultury.

Jak wytresować smoka (2010)

Skoro miała to być lista najlepszych filmów wszech czasów, to reprezentatywnie musiał się tu też znaleźć jakiś film animowany (parytety, wiadomo). I choć każdy – albo prawie każdy – wrzuciłby bez namysłu „Króla Lwa”, ja zdecydowałem się na mniej oczywisty wybór.

Ale jak to? Czy ośmielam się twierdzić, że „Jak wytresować smoka” to lepszy film niż „Król Lew”?! Wybaczcie, moi drodzy, ale… tak. Zdecydowanie.

Jeśli chodzi o familijne animacje, „Jak wytresować smoka” jest absolutnym ewenementem. Cała ta nowoczesna animacja komputerowa zostaje zaprzęgnięta, by opowiedzieć historię uroczo staroświecką. Nie chodzi w niej o zasypywanie widza bez ustanku żartami (choć tych jest dużo i to wybornej jakości). „Jak wytresować smoka” koncentruje się na postaciach, ich relacjach i uczuciach. Bohaterowie są dopracowani psychologicznie, dzięki czemu, mimo jak najbardziej obecnego baśniowego klimatu, całość robi wrażenie czegoś bardzo autentycznego.

Ten film po prostu chłonie się całym sobą. Przyjaźń bohatera ze smokiem jest pięknie ukazana – Czkawka i Szczerbatek to duet przypominający relację człowieka z koniem, tyle że na o wiele bardziej emocjonalnym poziomie. A sekwencja lotu to zachwycające połączenie zapierających dech pejzaży i przecudnej muzyki, które działa na widza bez porównania intensywniej niż analogiczna scena w przereklamowanym „Avatarze”. DreamWorks Animation udowodniło, że animacja dla dzieci może być jednocześnie głęboka, subtelna i wizualnie oszałamiająca.

Mogę się założyć, że czegoś wam zabrakło na tej liście. Ale wcale mnie to nie dziwi. Spośród tego nieprzebranego morza filmów, które powstały, nie sposób wybrać takich dziesięciu, że wszyscy zgodnie uznamy je za najlepsze. I obecność lub brak jakiegoś tytułu może niektórych wzburzyć. Tylko że to wcale nie jest takie łatwe. Spróbujcie sami, a szybko się przekonacie, że miejsc na liście jest znacznie mniej niż filmów, które chcielibyście na niej zamieścić.

10 maja 2016

3 komentarze do “10 najlepszych filmów wszech czasów”

  1. Przeminęło z wiatrem to jeden z moich ulubionych filmów. Jednak jeśli ja miałabym układać tą listę to znalazłyby się na nich inne tytuły, choć jak to mówią, ile ludzi tyle gustów, więc nie będę z tym dyskutować

  2. Bardzo trudno stworzyć taką listę i myślę, że ona tak naprawdę nie ma końca. Co chwilę można dodać do niej jakieś nowe produkcje, które już zasługują na miano klasyków. No, a poza tym dochodzi kwestia gustu.

  3. U mnie taka lista byłaby chyba na kilkanaście stron, z tym, że w wymienionym spisie jest kilka takich filmów, które uwielbiam, jak chociażby „Władca Pierścieni” czy „Gladiator”. Ale moje pytanie brzmi: ile razy można oglądać ten sam film, nawet jeśli to klasyk?

Skomentuj Filmowa Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.