Odkąd sięgamy pamięcią, straszeni jesteśmy na każdym kroku globalnym ociepleniem. Mówi się nam o alarmującym wzroście średnich rocznych temperatur na Ziemi i prognozuje, że ten trend będzie dalej postępował. Jeśli ludzie się nie opamiętają, czeka nas kataklizm. Bo właśnie na czynnik ludzki położony jest w teorii globalnego ocieplenia największy nacisk.
1. Czy grozi nam katastrofa ekologiczna?
2. Czy efekt cieplarniany to wielkie oszustwo?
3. Ale po co to wszystko – przyczyny manipulacji
4. Globalne ocieplenie – kto ma rację?
Czy grozi nam katastrofa ekologiczna?
To ludzie, prowadząc rabunkową gospodarkę, zadają ten straszny cios swojej planecie. To przez emisję dwutlenku węgla do atmosfery. To przez wycinanie lasów, które mogłyby pomóc nam w radzeniu sobie z tym problemem. Praktycznie od dziecka karmieni jesteśmy tą wizją – wizją ludzkości, która przez własne bezmyślne poczynania wkroczyła na ścieżkę wiodącą ku zagładzie.
Co nas czeka na końcu owej ścieżki? Najpewniej obrazki jak z filmu „Wodny świat” z roku 1995, w którym to pokazano nam niezbyt nęcącą przyszłość. Oto w wyniku efektu cieplarnianego stopiły się lodowe czapy na biegunach, a Ziemia zmieniła się w jeden wielki ocean. Suchy ląd stał się zaś jedynie legendą i marzeniem niedobitków, tułających się po bezkresach wód.
Takie apokaliptyczne wizje mają być dla nas przestrogą. Oddziałują na masy ludzkie pewnie nawet silniej niż bardziej naukowe produkcje i publikacje poświęcone globalnemu ociepleniu. Choć i te ostatnie, z racji że temat napawa nas niepokojem – a zatem siłą rzeczy również fascynuje – mają siłę przebicia.
Dość wspomnieć o słynnej „Niewygodnej prawdzie” (2006) Davisa Guggenheima, filmie nagrodzonym dwoma Oscarami. Udział wziął w nim znany amerykański polityk Al Gore, laureat Pokojowej Nagrody Nobla właśnie za działania na rzecz walki z globalnym ociepleniem. Produkcja ta zaprezentowała szerokiej publiczności dane dotyczące rosnących temperatur, ale – jak się później okazało – część wykresów została przerysowana, by zwiększyć dramaturgię przekazu.
Czy powinniśmy się więc bać o przyszłość naszej planety? Czy zdołamy ją uratować, jeśli wystarczająco szybko przedsięweźmiemy odpowiednie środki? A może nie ma się czego obawiać? Może cały problem został sztucznie rozdmuchany?

Czy efekt cieplarniany to wielkie oszustwo?
Nam, od wczesnych lat uczonym o efekcie cieplarnianym, przez całe życie słyszącym o nim ze wszystkich stron, mogłoby się wydawać, że globalne ocieplenie jest faktem, z którym nie powinno się dyskutować. Faktem, którego podważanie byłoby niepoważne. Moglibyśmy się więc zdziwić, wiedząc, że w tej drażliwej kwestii nie wszyscy mówią jednym głosem.
Łatwo przychodzi nam zapomnieć, iż globalne ocieplenie pozostaje teorią i, choć bierze się ona naturalnie z pewnych danych, to dane te wcale nie są tak jednoznaczne jak się wydaje. Większość prognoz z lat 90. XX wieku mówiła o wzroście temperatury o 0,3–0,4°C na dekadę, podczas gdy rzeczywisty wzrost okazał się dwukrotnie niższy.
Kontrowersyjny dokument Martina Durkina
Choć głosy z drugiej strony sporu rzadziej do nas docierają, bo nie są aż tak nagłaśniane, prawdą jest, że oprócz „Niewygodnej prawdy” powstają też takie dokumenty jak „Globalne ocieplenie – wielkie oszustwo” (2007) Martina Durkina. Film ten przedstawia argumenty naukowców kwestionujących powszechnie przyjęte założenia o przyczynach zmian klimatycznych.
Często przemilczanym faktem jest, iż środowisko naukowe jest podzielone i, tak jak część uczonych opowiada się za prawdziwością teorii globalnego ocieplenia, tak inni pozostają sceptyczni.
List szesnastu naukowców w „Wall Street Journal”
W 2012 roku „Wall Street Journal” opublikował nawet list szesnastu naukowców z całego świata, w którym zapewniają oni, że nie ma powodów do obaw. List jest niejako wymierzony w przekonanie przywódców światowych mocarstw o konieczności niezwłocznego podjęcia działań, mających zapobiec rzekomej katastrofie. Wśród sygnatariuszy znaleźli się fizycy, geolodzy i meteorolodzy z renomowanych uniwersytetów amerykańskich, kanadyjskich i europejskich.
Argumenty kwestionujące teorię antropogenicznego ocieplenia
Obok faktów, na które powołują się sceptycy, trudno przejść obojętnie. I tak, owszem, średnia roczna temperatura nieznacznie przyrasta, ale nie musi to wcale prowadzić do efektów, jakimi się nas straszy. Czapy lodowe na biegunach ponoć wręcz zwiększają swoją objętość. Satelitarne pomiary grubości lodu arktycznego z okresu 2003–2014 wykazały wahania sezonowe, ale nie jednoznaczny trend spadkowy.
To po pierwsze. Po drugie zaś nie ma powodu, by wiązać ocieplenie wyłącznie z działalnością człowieka. Okresy znacznego ocieplenia zdarzały się już w przeszłości. Ostatnim było tak zwane średniowieczne optimum klimatyczne (około IX–XIII wiek n.e.), kiedy to, przynajmniej w niektórych częściach świata, temperatura była wyższa niż obecnie.
Złote czasy, gdy Grenlandia w istocie była zielona (a nie tylko z nazwy), a w północnej Europie uprawiano winorośl tak daleko na północ, jak dziś byłoby to niemożliwe. Podobne cieplejsze okresy zdarzały się w epoce rzymskiej czy epoce brązu. Stąd pogląd części naukowców, że klimat zmienia się cyklicznie, a działalność człowieka nie ma z tym wiele wspólnego – w końcu w średniowieczu nie mieliśmy fabryk ani samochodów, więc nasze środki rzekomego oddziaływania na klimat były znacznie ograniczone.
Dodatkowo zwolennicy teorii o naturalnych cyklach wskazują na aktywność słoneczną jako główny motor zmian temperatury na Ziemi. Dane z analizy plam słonecznych z ostatnich 400 lat wykazują korelację między intensywnością promieniowania słonecznego a okresami cieplejszymi i chłodniejszymi na naszej planecie.

Ale po co to wszystko – przyczyny manipulacji
Jednak skoro tak się mają sprawy, to jakie są przyczyny tego, że teoria o ocieplaniu klimatu była przez cały czas tak lansowana? Skąd te wszystkie międzynarodowe plany ratowania planety?
Wizja Michaela Crichtona z „Państwa strachu”
Michael Crichton, autor bestsellerowego „Jurassic Park” w swojej powieści „Państwo strachu” (2004) prezentuje wizję, która śmiało mogłaby stać się jedną z modnych teorii spiskowych. Pisze o nauce w służbie polityczno-prawno-medialnych elit. Elit, którym zależy na tym, by wykorzystywać światowe kryzysy w celu podtrzymywania u społeczeństwa poczucia zagrożenia, bo nad takim właśnie zatrwożonym społeczeństwem łatwiej sprawować kontrolę.
A że wraz z końcem zimnej wojny zabrakło prawdziwego kryzysu na światową skalę, owe złowieszcze elity posłużyły się kryzysem wyimaginowanym. Crichton jako pisarz stawia na sensację, trudno więc traktować przedstawiony przez niego obraz ze stuprocentową powagą. Jakieś ziarno prawdy może się jednak kryć nawet w tak przesadzonej koncepcji.
Ekonomiczne konsekwencje ograniczeń emisji CO2
Wielu obserwatorów niepokoi sama idea nakładania na poszczególne państwa odgórnie ustalonych ograniczeń emisji CO2. Niejeden skłania się przy tym do opinii, że wykorzystuje się mit globalnego ocieplenia, by bogatsze kraje mogły hamować rozwój tych uboższych. Protokół z Kioto (1997) nałożył surowe limity na kraje rozwijające się, podczas gdy główni emitenci CO2 w historii – Stany Zjednoczone i Europa – mieli łagodniejsze warunki przejściowe.
Koszty wdrożenia technologii niskoemisyjnych dla krajów rozwijających się są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do ich PKB. Indie i Chiny wielokrotnie podnosiły argument, że nie mogą sobie pozwolić na takie same standardy środowiskowe jak kraje, które zbudowały swoją zamożność właśnie na intensywnej industrializacji w XIX i XX wieku.
Zmiana terminologii na „zmiany klimatyczne”
Zastanawiający może być w tym kontekście fakt, że coraz rzadziej używa się właśnie sformułowania „globalne ocieplenie”. Badania z ostatnich lat wykazały, że wzrost temperatury, choć wciąż obecny, jest daleko mniejszy niż zakładały prognozy, trudno więc mówić z taką emfazą o efekcie cieplarnianym.
Teraz więc już przywódcy państw nie radzą, jak sobie poradzić z globalnym ociepleniem, ale ze „zmianami klimatycznymi”, które to pojęcie jest na tyle szerokie, że może kryć się pod nim cokolwiek. Sprytna zmiana terminologii pozwalająca kontynuować dotychczasowe działania, mimo iż zabrakło podparcia naukowego. Smog i zanieczyszczenie powietrza to rzeczywiste problemy ekologiczne, które można mierzyć i bezpośrednio łączyć z działalnością przemysłową – w przeciwieństwie do wieloletnich trendów klimatycznych.

Presja na środowisko naukowe
I tak sporym postępem jest, że można już śmielej poddawać w wątpliwość zasadność teorii globalnego ocieplenia. We wspomnianym wcześniej liście owych szesnastu uczonych pisze również o presji, jakiej byli poddawani naukowcy przez środowisko. Według nich, wielu nie odważyłoby się zakwestionować tak szeroko promowanej teorii nie ze względu na własne zapatrywania w tym temacie, lecz z obawy, że odmienne stanowisko utrudni im rozwój kariery.
Bo nawet jeśli kwestionowanie ocieplania klimatu było zgodne z naukowymi faktami, to nie było zgodne z poprawnością polityczną. Naukowcy opisują przypadki odmowy publikacji artykułów w prestiżowych czasopismach naukowych, wycofania zaproszeń na konferencje, a nawet zagrożenia utratą grantów badawczych po wyrażeniu sceptycznych opinii wobec dominującego nurtu klimatycznego.
Nagrody za propagowanie teorii
Może więc za to te Oscary dla „Niewygodnej prawdy”? Może za to Nagroda Nobla dla Ala Gore’a? Nie za prawdziwie warte nagród dokonania, lecz za pomoc w propagowaniu teorii wygodnej dla pewnych środowisk?
Nie pierwszy to przecież raz i nie ostatni nauka jest oskarżana o służalczość względem politycznych interesów. W posłowiu do swojej książki Crichton posuwa się nawet tak daleko, by przywołać inną naukową teorię, która kiedyś święciła tryumfy, a obecnie raczej napawa nas zgrozą – mowa o eugenice.
Choć porównanie jest z rodzaju tych ekstremalnych, pisarz zaznacza, jak katastrofalna była owa kombinacja pseudonauki i polityki, przestrzegając, by nie powtarzać w nowej formie starych błędów. Historia nauki zna wiele przykładów teorii, które przez dziesięciolecia były uznawane za niepodważalne, by później zostać całkowicie zdyskredytowane.
Kto ma rację w sporze o klimat?
Nieprędko się dowiemy, czy słuszność w tym sporze mają zwolennicy teorii o ocieplaniu klimatu i wpływie człowieka na przebieg tych zmian, czy też sceptycy, uważający, że wszystko toczy się swoim naturalnym rytmem i nie mamy powodów do obaw. Dopiero następne dziesięciolecia pozwolą nam się przekonać, kto lepiej zinterpretował dane i rozsądniej wysnuł z nich opinie.
Na razie możemy tylko powiedzieć, że jest to kwestia, o której trzeba dyskutować. I szkoda tylko, że często zamiast tej dyskusji dociera do nas, po przesianiu przez środki przekazu, jednostronna opinia. Debata publiczna powinna obejmować głosy z obu stron, a nie promować jedynie ten nurt, który lepiej pasuje do bieżącej agendy politycznej.
A przecież w tak ważnej sprawie jak przyszłość naszej planety, nie możemy ograniczać swojego postrzegania i powinniśmy być otwarci na argumenty z obu stron. Rzeczywista nauka rozwija się przez kwestionowanie, testowanie hipotez i gotowość do przyjęcia wniosków – nawet jeśli stoją one w sprzeczności z powszechnie akceptowanym przekonaniem.
Zdań na ten temat jest tyle, że ciężko określić. Jedni twierdzą tak, inni inaczej i weź tu człowieku bądź mądry. Ja uważam, że po prostu mamy taki a nie inny okres w naszej planecie, która co jakiś czas ulega zmianom – raz się ochładza raz ociepla.